sobota, 15 kwietnia 2017

Nazywam się Wes Craven i przyszedłem uratować horror


Wes Craven
Wes Craven
Pytam kolejnego z moich znajomych, czy wie, kim był Wes Craven, a on, znawca (ściągania) filmów, robi minę, jakbym powiedział coś w stylu: „Jak tam prostata?”. Niektórzy, owszem, znają, szczególnie kiedy rzucam dwa hasła: "Krzyk" i „Freddy Krueger”. Kiwają wtedy głową i ze znawstwem wydymają dolną wargę.

Nazywam się Wes Craven i jestem geniuszem. Chałturnikiem. Genialnym chałturnikiem?

Chyba to ostatnie. Chyba. Bo, koniec końców, Cravena nie da się wrzucić do szufladki. Ktoś mógłby fuknąć: „HORROR!”. Jasne, że „HORROR”, ale to jedna z wielu szufladek, z której w dodatku Wes Craven sprytnie się wyślizguje. Wymienić mogę tylko jeden film przez niego reżyserowany, który został zrobiony na pewno na serio. Reszta to... Właśnie – czym jest reszta? Parodią? Parodią parodii? Grą z konwencją, grą z widzem, grą z całym światem? Porozumiewawczym mrugnięciem? Pierdnięciem komara na jednej z miliarda planet wszechświata czy jednak czymś nieco bardziej istotnym?

Nazywam się Wes Craven i jestem 
człowiekiem renesansu

Niewątpliwie Craven zasługuje na to miano. Bez owijania w bawełnę: magister filozofii i literatury, nauczyciel akademicki i dźwiękowiec przy postprodukcji filmowej. Znacie Deep Throat [Głębokie gardło] z 1972? Pierwszy film pornograficzny dopuszczony do oficjalnej dystrybucji kinowej na terenie Stanów Zjednoczonych? Craven maczał w nim. Palce. I to nie jeden film tego typu, w którym maczał. Palce.

Craven mocniej wsiąknął w środowisko filmowe. Był reżyserem, scenarzystą, producentem, aktorem, operatorem.

Stworzył filmy kultowe. Kamienie milowe. Brał się za różne gatunki filmowe, tudzież za różne rodzaje filmów w gatunku horroru.

W 1972 roku światu ukazuje się The Last House on the Left [Ostatni dom po lewej] – pierwszy kamień milowy, napisany i wyreżyserowany przez Wesa Cravena. Film w swoich czasach był skrajnie szokujący. Pierwszy obraz z gatunku rape and revenge ukazywał widzowi naprawdę mocne, realistyczne sceny tortur i gwałtów. Reżyser próbował oczywiście przemycić w tym obrazie pewne przesłanie (jak ja nie znoszę tego słowa), że niby wszystko fajnie, dzieci kwiaty, wolność i wyzwolenie, każdy się bawi, ale w wolności tej czai się zniewolenie, przemoc, niebezpieczeństwo, bla, bla, bla... I tak większość skupiła się (i skupia się nadal), na okrucieństwie i cyckach. Craven inspirował się Źródłem (1960) Bergmana, ale kogo to obchodzi. Krew i cycki!
Głębokie gardło

Ostatni dom po lewej
Ostatni dom po lewej
Ostatni dom po lewej
Źródło

Wampir czarny, wampir biały – precz z dyskryminacją!  

W 1994 Craven wypuszcza Vampire in Brooklyn [Wampira w Brooklynie]. No i jest problem. Bo nie wiadomo, czy to jeszcze groza, czy już komedia. Problem? Nie dla fanów Cravena, którzy wiedzą, czego oczekiwać. Ja byłem filmem zachwycony. Nie dlatego, że to dzieło wybitne. Nie. Pod żadnym względem. To po prostu kawał dobrej rozrywki. Eddie Murphy w roli wampira? Proszę bardzo. Aktor zagrał genialnie, zarówno kiedy miał być (umownie) straszny, jak i wtedy, gdy sypał żartami lub wcielał się w postać pastora, wmawiającego wiernym, że zło jest dobre. Sypiący się upiór, Julius, to sama radość. W dodatku epizodyczna rola Waltera Skinnera... to znaczy Mitcha Pileggiego, znanego przede wszystkim z roli Waltera Skinnera. No i, również epizodyczny, występ pana, co się zowie Zakes Mokae. Tych dwóch to zresztą aktorzy, którzy nie po raz pierwszy lub nie po raz ostatni grali w filmach, przy jakich dłubał Craven. Pileggiego spotykamy jeszcze choćby w Shocker [Zbrodnia ze snu] (1989) czy w filmie telewizyjnym Night Visions [Nocne wizje] (1990). Mokae stworzył charakterystyczną kreację w The Serpent and the Rainbow [Wężu i tęczy] (1988). Nie sposób zapomnieć tej gęby.

Dracula 2000 (prawie jak proszek do prania: „Ojciec, prać?” – gimby nie znajo) to już nie tak dobry film (może dlatego, że Craven „tylko” go wyprodukował?). Za bardzo widać, że był robiony na poważnie. A to niezbyt korzystne, szczególnie kiedy film nie wychodzi. Jedyny pozytywny akcent to wygląd (bo na pewno nie gra) Gerarda Butlera (niejedna białogłowa marzy o małym ukąszonku przez takiego krwiopijcę). Omar Epps atrakcją dla tych, którzy zastanawiają się, co robił aktor przed rolą Foremana w Dr. House.


W 2003 roku, niestety, na światło dzienne wychodzi, by umrzeć, Dracula II: Ascension [Dracula II: Odrodzenie], film, którego Craven również był producentem. Szczerze nie polecam, może jedynie jako ciekawostkę.

Wampir w Brooklynie
Eddie Murphy jako wampir i Angela Bassett w roli Rity Verder
Kadeem Hardison jako przystojniaczek Julius Jones
Eddie Murphy w podwójnej roli – jako Dracula udający pastora
Dracula 2000
Gerard Butler i spojrzenie mówiące: "Spierdoliłem grę, więc pokażę chociaż kawałek klaty!".
Omar Epps (Marcus) i Jonny Lee Miller jako Simon Sheppard
Dracula II: Ascension
Nazywam się Wes Craven i to ja jestem slasher a ty pragnienie

Jedno jest pewne – Craven przyszedł na ratunek slasherowi. Zredefiniował go. Stał się jego ikoną. Wpiszcie sobie w Google „slasher”, a pierwsze zdjęcie jakie zobaczycie, będzie przedstawiało gościa w białej masce, jaką znają wszyscy z serii Scream [Krzyk] lub z serii... Scary Movie [Straszny film].


Szczerze: Nie jestem fanem Krzyku, i to delikatnie rzecz ujmując. Ale ten film to jeszcze jeden kamień milowy w twórczości amerykańskiego twórcy. Jakość kamienia pomińmy. Zacznę od tego, że na Krzyku bardzo chciało mi się ziewać. Oczywiście nie umknęły mi wszelkie innowacje, które Craven wniósł do mocno wtedy przechodzonego rodzaju horroru. I to było ciekawe. Fabuła nie. Nie bawiłem się, nie bałem, nie brzydziłem. Może gdybym był młodszy, kręciłoby mnie to. Bo tak naprawdę, odświeżając shlasher, Craven uczynił go produktem przeznaczonym dla nastolatków. Cravenowski slasher to teen slasher.

Ale może trochę o tych innowacjach.

Pierwszy Krzyk miał premierę w 1996 roku. Akcja filmu rozgrywa się w miasteczku Woodsboro. Troje głównych bohaterów to Sidney Prescott, dziewczyna uciemiężona, wieczna ofiara, samotna wojowniczka (sporo takich kobiet w filmach Cravena), Deewey, zastępca szeryfa (jeszcze), wybranek serca (co nastąpi) Gale, dziennikarki, typowej hieny, której metamorfozę w kierunku uczłowieczenia obserwujemy tak w tej, jak i w kolejnych częściach. A części są cztery. Każda jest męcząca. Ale też oryginalna. Od pierwszego klapsa filmu z 1996 roku do ostatniego klapsa obrazu z roku 2011 mamy do czynienia z przemyślanym konceptem.

Ogólnie rzecz biorąc, Krzyk jako całość to, oprócz rozrywki dla małolatów, jeden wielki pastisz. Gra konwencją. Gra filmem w ogóle. Granie na nosie całemu przemysłowi filmowemu. A nawet środkowy palec tańczący przed oczyma zwykle niedomyślnego widza. To dyskusja „o filmie w filmie w ramach filmu” (pani Białowąs nie wiedziała, że powiedziała coś naprawdę mądrego; tylko filmy pomyliła).

Pierwsza część to wariacja na temat horroru: wyśmiewanie schematów, ale i wykorzystanie tych schematów w pełni; przywoływanie tytułów znanych filmów z gatunku.

Druga (1997) to dialog (monolog?) na temat sequeli, dlatego też mamy do czynienia z zabójcą-naśladowcą, różnego rodzaju korespondencją z innymi dziełami filmowymi (także z poprzednią częścią, na wielu poziomach) i tak dalej. Wystarczy wspomnieć, że druga część Krzyku zaczyna się tak, iż podczas premiery filmu Cios ktoś morduje parę nastolatków. Kto? Jeszcze nie wiadomo, ale facjatę ukrywa pod znajomą maską. Ważne jest też, że film Cios powstał w oparciu o historię wydarzeń z Woodsboro, opisaną w książce dziennikarki Gale. Zawiłe? Typowe? Jasne, że zawiłe i typowe. Craven drugą częścią szydzi z całego procesu robienia „hitowych” filmów w ówczesnym Hollywood. Próbuje też powiedzieć zajaranym małolatom: „Myślicie, że to cool, bo to na faktach? Wyobraźcie sobie, że ktoś to przeżył naprawdę. Że ktoś cierpiał, stracił życie. Teraz wyobraźcie sobie, że to mogliście być wy. Nadal cool?”.

Akcja Krzyku 3 (2000) rozgrywa się nie w Woodsboro, a w Los Angeles, na planie trzeciego Ciosu. Morderca po kolei eliminuje członków ekipy filmowej. Trzecie części mają jedną regułę – brak reguł. Schemat nie istnieje, nie wiadomo, kto zginie następny, nie można przewidzieć, jaki będzie kolejny ruch mordercy, potencjalnych ofiar zresztą też. Obowiązkowo pojawia się (lub wraca) motyw z przeszłości. Morderca jest w zasadzie nieuchwytny i niezniszczalny (do ostatnich scen oczywiście). Poprzednie części intensywnie korespondowały ze sobą, z gatunkiem, z filmem jako zjawisko w ogóle. Ale Krzyk 3 to pod tym względem wielopoziomowy hiper dialog pół żartem, pół serio.

Straszny film
Krzyk (1996)
Drew Barrymore jako Casey Becker
Courteney Cox jako Gale Weathers i David Arquette jako Dwight "Dewey" Riley
Neve Campbell w roli Sidney Prescott, bardziej opanowana ze słuchawką niż koleżanka blondynka

Zbaw mnie ode złego [My Soul To Take] (2010),

czyli nie pozwól mi więcej oglądać takich filmów.

Craven przyłożył rękę do wielu obrazów, które skłonny byłbym „podciągnąć” pod kategorię slasherów. Elementy slashera zawierają Wishmaster [Władca życzeń] (1997), radosne przygody Freddy’ego, Shocker. Może trochę mniej, ale jednak, Night Visions. Prawdziwym, pełnokrwistym slasherem, w dodatku teen slasherem, miał być film Zbaw mnie ode złego, ale niektórzy uważają, że kundel to też rasa. Przy Zbaw mnie ode złego seria Krzyk zaczęła mi się nagle jawić jako niesamowita rozrywka, trylogia genialna i do granic możliwości odkrywcza. Jeżeli chcecie spektakularnie zmarnować swój czas, polecam Zbaw mnie ode złego. Oczywiście nie wszystko w tym filmie zasługuje na krytykę. Na przykład atmosfera. Fajna atmosfera. Tak, wiem, że ocenianie czegokolwiek słowem „fajne” świadczy o infantylności oceniającego, ale czasem oceniający musi dostosować się do poziomu obiektu ocenianego. Zatem atmosfera. Momentami jest naprawdę niepokojąco. Na moście, w deszczu, we mgle, w lesie. Horror na każdym kroku przypomina nam, że jest horrorem, i nie jest to nawet irytujące. Postaci drugoplanowe zbudowane są najprostszą metodą skrajnych przeciwieństw i cech hipertroficznie charakterystycznych, ale to naprawdę działa. Role poboczne wygrywają z pierwszoplanowymi. A już na pewno wygrywają z mordercą, ni to człowiekiem, ni to upiorem, którego już kilka chwil po obejrzeniu filmu się nie pamięta.

To co najbardziej mnie denerwowało podczas przysypiania przy filmie, to w zasadzie znak rozpoznawczy produkcji Wesa – pomieszanie jawy i snów, zaplątanie gdzieś między rzeczywistością a światem (pozornie) niematerialnym, wieczne rozdwojenie, roztrojenie, rozczworzenie (?) osobowości bohaterów. W Zbaw mnie ode złego mamy to wszystko. Jeżeli znasz wcześniejsze filmy Cravena i oglądasz ten, to czujesz się tak, jakbyś po raz dziesiąty prosił sąsiada w kinie, żeby nie bekał po coli. Z początku to trochę szok. Za trzecim razem to nawet zabawne. Potem niesmaczne. Później to dalej niesmaczne i denerwujące, ale wiesz, że i tak się powtórzy, więc gniew i irytację przysłaniają znudzenie i najzwyklejsze uczucie akceptowalnej bezradności.


Za najlepszego slashera Cravena uważam Scream 4 [Krzyk 4] (2011) (specjalnie odseparowuję go od poprzednich części). Dlaczego? Dlatego, że Craven udowodnił, iż dalej jest w stanie eksploatować wyeksploatowaną już do granic możliwości serię. Krzyk 4 jest zabawny. To taka komedia z dużą ilością krwi i flaków. Ale część tę cenię za przemycone przez reżysera szyderstwo. Szyderstwo z domieszką obawy, może nawet strachu. Każdy kolejny Krzyk to filmowy komentarz rzeczywistości, aktualna ocena ogółu społeczeństwa, różnorakich jego zachowań. Ostatnią częścią kultowej serii reżyser zwraca uwagę na zupełne zobojętnienie na ludzką krzywdę. Z tragedii innych czerpie się przyjemność i zyski. Każdy bawi się tematem, nie zważając na to, iż za chwilę to on może podzielić los ofiar. Rozwój technologii, wszechobecne kamery, telefony komórkowe, aparaty mogłyby być pomocne w zapobieganiu tragediom lub w naprawianiu ich skutków, tymczasem służą pustej rozrywce i skrajnemu ekshibicjonizmowi. Najmądrzej z gadżetów korzysta oprawca. Dzięki nim wodzi ofiary za nos.

Kukła Rozpruwacza
Bug (Robal) i jego model sępa
Od lewej: John Magaro jako Alex Dunkelman, Max Thieriot w roli Robala i Denzel Whitaker jako Jerome Brown


Na pierwszym planie Emily Meade jako Fang
scream
Z komiksem też sobie poradzę. 
Przecież nazywam się Wes Craven

Swamp Thing [Potwór z bagien] (1982). Jeden z tych filmów, które nie przetrwały próby czasu. Ale jaki leciwy film fantastyczny, będący adaptacją komiksu, nie maluje na naszych twarzach uśmiechu pobłażania? Weźmy choćby Batman zbawia świat (1966) i porównajmy go na przykład z produkcjami Nolana.

Potwora z bagien oglądało mi się przyjemnie, pewnie dlatego, że jestem miłośnikiem filmów klasy B, z gumowymi kreaturami w rolach głównych. Nie ma sensu opisywać fabuły, która zresztą jest sztampowa i prosta jak budowa cepa. Warto natomiast wspomnieć, że film Cravena przyczynił się do wzrostu popularności komiksu DC, co dało początek rozwojowi tytułowej postaci, pogłębienia jej charakteru.

Momentami Potwór z bagien przypominał mi produkcje Tromy, w szczególności The Toxic Avenger [Toksyczny mściciel] (1984), należy jednak dodać, że nawet tak kiczowaty film jak Potwór z bagien do pięt nie dorasta absurdalnym, po taniości produkowanym obrazom panów Kaufmana i Herza.


Zmutowany Chewbacca, antagonista głównego bohatera

Do You wanna dance with me?
Batman zbawia świat, spierdalając czem prędzej

Nawet on ma większe powodzenie niż ja...



Kobieto! puchu marny! ty wietrzna istoto!

Za te słowa większość bohaterek filmów, przy których grzebał Craven, dałaby Gustawowi w zęby i pozwoliła, żeby się nimi powoli udławił.

Craven tworzy bohaterki silne i niezależne, waleczne, pomimo, często, osamotnienia. Spójrzmy chociażby na Sidney Prescott z Krzyków. Dziewczyna (czy też później „kobieta”) przez szereg lat całuje śmierć w kościsty tyłek. Nieustannie walczy o życie swoje i swoich bliskich. Gdziekolwiek się pojawi, towarzyszy jej morderca. Jej ufność raz po raz zostaje wystawiana na próbę na skutek zdrad ludzi z jej otoczenia. Normalny człowiek wylądowałby w pokoju bez klamek, ale nie ona. Nie bohaterka filmu Cravena.

Przy Lisie z Red Eye (2005) czułbym się bezpiecznie, nawet urządzając sobie objazd po pubach w Bermondsey w trykocie West Hamu. Lisa imponuje sprytem i opanowaniem. Daje radę zawodowemu terroryście i z podniesionym czołem staje do walki o życie nie tylko swojego ojca, ale i jakiegoś wpływowego polityka. 

Abstrahując, Red Eye to zaskakująco udany film z oryginalną fabułą, trzymający w napięciu, dopóki akcja nie przenosi się poza pokład samolotu. Wtedy wszystko się rozsypuje i interesujący obraz staje się produkcją bardzo przeciętną. 

Lisa jest nie tylko pracownicą hotelu, ale też żeńskim wcieleniem Johna Rambo, przy którym zawodowiec, Jackson Rippner (w tej roli Cillian Murphy), staje się bezradny jak absolwent filozofii na rynku pracy.

W filmie Cursed [Przeklęta] (2005), którego to filmu serdecznie nie polecam, bohaterka grana przez Christinę Ricci walczy z wilkołakiem, sama będąc... wilkołaczką (?). I to z powodzeniem. Odchodząc na chwilę od wątku – widać, że i temat likantropii nie był Cravenowi obcy, choć przyznać trzeba, że film do kategorii wilkołactwa w kinematografii nie wnosi zupełnie nic i jest po prostu przeciętnie zrobiony. Pod każdym względem.

Ellie Hudson z Przeklętej to jedna z wielu bohaterek Cravena obdarzonych niezwykłymi zdolnościami, dotkniętych (chcąc, nie chcąc) przez, zwykle niezbyt przyjazną, obcą siłę.  

Inną jest Dr Sally Powers (wymowne nazwisko, prawda?), grana przez uroczą Loryn Locklin. Przy bohaterce Nocnych wizji jej partner, detektyw Mackey, to dziecko we mgle. Niby twardziel, typowy „glina”, lecz bez uporu Dr Powers i jej nadnaturalnych mocy nie udałoby mu się odkryć, kto był sprawcą szeregu dziwnych morderstw w Los Angeles i według jakiego klucza działał. Swoją drogą – Mackey nie dałby rady, natomiast widz tej telewizyjnej produkcji znakomicie poradziłby sobie sam.

Również we Władcy życzeń główna postać kobieca zmaga się z wieloma problemami. Traci jedynego przyjaciela, dręczą ją koszmarne sny (oczywiście, że dręczą ją sny, wszak to film, którego producentem był Craven), wreszcie też staje do walki z pradawną istotą, kwintesencją zła (i czarnego humoru), by pokonać ją sprytem.

Naprawdę wredną babę przeniósł Craven na mały ekran (wprost z niezbyt głośnej powieści) filmem Stranger in Our House/Summer of Fear [Obcy w naszym domu/Lato strachu] (1978). Przypomina ona starszą siostrę Damiena Thorna. Jej hobby to owijanie sobie ludzi wokół palca, kradzieże dusz i woli, udawanie i kłamanie, uwodzenie żonatych mężczyzn, czarna magia i takie tam inne prozaiczne rozrywki. Rachel ma spore kłopoty, kiedy do jej domu wprowadza się owa słodka istotka. Ale jak tu nie przygarnąć sierotki, której rodzice zginęli w wypadku samochodowym? Rachel jako jedyna nie daje się omamić (w przeciwieństwie do swoich rodziców) i staje do walki z Julią, która coraz śmielej zajmuje jej miejsce.

Najlepszy moment filmu: Fran Descher w roli Carolyn, która w jednej ze scen żegna się z Rachel i Julią, jakby już wtedy znała scenariusz The Nanny [Pomocy domowej] (1993-1999) i przygotowywała się do roli Fran Fine.

No i wreszcie Deadly Blessing [Śmiertelne błogosławieństwo] (1981). Czyli: błogosławieni, którzy obejrzeli do końca. Bo przyznać trzeba, że jest to (kolejny), co najmniej nie rewelacyjny film Cravena. Niezwykle nastrojowy, ciekawie POmyślany, ale chyba najzwyczajniej w świecie nie PRZEmyślany do końca. Jakby Craven sam nie wiedział, czego od filmu chce. Bardzo podobały mi się scena w stodole i Sharon Stone, która zawsze ma u mnie fory. Więcej grzechów nie pamiętam, jedynie migawki, kiedy udawało mi się podnieść skamieniałe powieki. Jakieś pająki, jakaś sekta, incubus. I ten gość, który grał chyba we wszystkich horrorach, jakie powstały – Michael Berryman (charakterystyczny wygląd "zawdzięcza" chorobie – hipohydrotycznej dysplazji ektodermalnej). O filmie wspominam dlatego, że główną bohaterką jest kobieta walcząca, wdowa po dopiero co poślubionym mężu, byłym członku sekty. Kobiecina nie wie, iż stawia czoła nie tylko wrogo nastawionemu zgromadzeniu przypominającemu Amiszów. Nie zdaje sobie również sprawy z tego, że i tak szlag jasny ją trafi (kiepskich filmów nie szkoda spoilerować!).     

Spośród wielu zwyczajnych niezwyczajnych (pamiętacie ten program z lat dziewięćdziesiątych?) kobiet z filmów Cravena moją ulubioną jest Heather Langenkamp, która gra samą siebie. Zresztą, w New Nightmare [Nowym koszmarze Wesa Cravena] (1994) większość aktorów gra samych siebie. Nawet Wes. W produkcji tej, podobnie jak w Krzykach, mamy do czynienia ze szczytem nawiązań. A im więcej (na)wiązań, tym więcej poplątania. Poplątanie owo jest jednak w tym filmie nawet znośne, dość powiedzieć, że w ogóle Nowy koszmar to jeden z lepszych filmów reżysera.

Heather dręczą (nie zgadniecie...!) nocne koszmary, podobnie jak resztę ekipy filmowej, w tym Wesa, pracującego nad scenariuszem, i Roberta Englunda, mającego grać Kruegera. Musicie wiedzieć, iż film opowiada o wydarzeniach, które towarzyszą powstawaniu ostatniej części o Freddym. Nie chcę za bardzo zdradzać fabuły, gdyż jest to jeden z tych filmów Cravena, który, wyjątkowo, gorąco polecam, o ile wcześniej obejrzycie poprzednie produkcje z Freddym w roli głównej.

Heather zmaga się sama z sobą (wątpliwości czy przyjąć propozycję zagrania w kolejnym filmie o przebrzydłym zabójcy ze snów), stalkerem naśladującym Kruegera, wreszcie z Kruegerem we własnej osobie, który pragnie zawładnąć duszą jej synka, Dylana. Jakby tego było mało, bohaterka musi chronić pierworodnego również przed zidiociałymi lekarzami i pielęgniarkami. Oczywiście w swej walce jest osamotniona (jakżeby inaczej).

Nowy koszmar jest filmem ciekawym również jako zapowiedź tematów, które Craven podejmie później w kolejnych Krzykach.

Przyznam, że miałem spory dylemat, kiedy wybierałem moją ulubioną bohaterkę „walczącą”. Kandydatki były dwie. Jedną odrzuciłem jedynie dlatego, iż wystąpiła w filmie obyczajowym/dramacie. A grała ją cudowna Maryl Streep. Domyślacie się, o jaki film chodzi? O nim nieco dalej.



Red Eye to ty, synuś, zaraz będziesz miał

Halo? Idę ci wpierdolić.

Wes i Rachel McAdams na planie

Przeklęta (Christina Ricci) z równie przeklętym bratem (Jesse Eisenberg)

Pikuś

Gdzie jest kisiel?


Twoja teściowa w młodości




Wiedźma zadowolona, czyli Linda Blair jako Rachel


Julia i Niania Frania





Najgroźniejsza ekipa na dzielni


I równie groźne maniurki (ta z kopytem to Maren Jensen w roli Marthy – z tą wdówką nie ma żartów)


Otwórz buzię. Za tatusia i mamusię, czyli za chwilę zaserwujemy przysmak regionalnej kuchni – żywego pająka


Szefu


Szefu wymierza sprawiedliwość


Michael Berryman w roli Williama Gluntza





Heather Langenkamp


"Miota nią jak szatan!"
A to tylko psikus Freddyego


Przyjemniaczek Krueger we własnej osobie


Jak Freddy chce dać całuska, każdy sposób jest dobry


Słodkich snów życzy Freddy


Freddy przestrzega przed zasypianiem w wannie



Jak będę chciał, to sobie nakręcę film o voodoo. Bo nazywam się Wes Craven

Wąż i tęcza to jeden z moich ulubionych filmów Wesa Cravena. Opowiada on historię antropologa, który na zlecenie koncernu farmaceutycznego wyrusza na Haiti. Na miejscu ma zbadać legendy o zombie i zdobyć recepturę tajemniczego proszku, który rzekomo potrafi zmieniać ludzi w żywe trupy.

W filmie jest wszystko: pościgi, romanse, walka, tajemnice, polityka, czary, groza i krew, Bill Pullmann. Oczywiście, jako że jestem fanem tej produkcji i gorąco polecam ją zgłębić, nie chcę zdradzać fabuły. Mogę jedynie zapewnić, że Craven doskonale poradził sobie z tematem i stworzył świetną bajkę dla dorosłych, prawdziwy filmowy smakołyk dla miłośników przygody w klimacie z końcówki lat osiemdziesiątych.

Należy odnotować, iż film powstał na podstawie powieści botanika, Wade’a Davisa. Książka to po trosze reportaż, prezentujący wyniki badań autora zgłębiającego obrzędy voodoo.



Dobrze, że już śpi, bo więcej nie dałbym rady
A teraz zrobię ci z tyłka haitańską jesień średniowiecza.

Trumienna kąpiel we krwi – takie rzeczy tylko u Cravena
Kochanie, mogłaś się jednak trochę podmalować
Możesz pocałować pana młodego
Całą rodzinę na seans zaprasza 
Wes „Disney” Craven

Tak, Craven tworzył również filmy prawie normalne, dla zwykłych lub tylko trochę odchylonych widzów w każdym wieku. Okołofamilijne. Bardzo około. The People Under the Stairs [W mroku pod schodami] (1991) to produkcja familijna właściwie tylko intuicyjnie. Bo bohaterami są dzieci. Bo jest trochę strasznie, trochę bajkowo. I kupa śmiechu oraz gagów jak z Kevina.

Kiedy wiele lat temu oglądałem ten film, byłem niemal pewny, że został on nakręcony na podstawie którejś z powieści Stevena Kinga, jest w nim bowiem coś właśnie typowo kingowskiego: mrok i groza utkane w sposób beztroski, swobodny i z niekrytą przyjemnością tkania. Ale to nie King wymyślił historię o ogromnym domu – twierdzy, pełnym tajemnych przejść i zakamarków, w którego ścianach żyją dzieci. Craven był co prawda reżyserem filmu i autorem scenariusza, lecz inspirował się on prawdziwą historią o rodzicach, którzy zamykali swoje pociechy w domu i nigdy nie pozwalali im wyjść na zewnątrz.

Tatusiek i Mamuśka to naczelni psychopaci kina. Są tak zdegenerowani i absurdalni, że ciekawili mnie bardziej niż to, jak wybrnie z opresji główny bohater, Fool. Osobliwa parka ma w dodatku tyleż inteligentnego, co ciągle dostającego po nosie psa. Żyjące w piwnicach i wszelkich zakamarkach domu dzieci, karmią od czasu do czasu ludzkim mięsem. Ale W mroku pod schodami to nie tylko makabra na wesoło. To również, prosta bo prosta, ale jednak, refleksja. Fool trafia do domu zwyroli, ponieważ daje się namówić na pomoc w obrabowaniu ich domu, uchodzącego za najbogatszy w okolicy. Oczywiście ani nastolatek, ani jego dorośli wspólnicy nie wiedzą o tym, jaką makabryczną tajemnicę kryje ów dom. Ale dlaczego dobry dzieciak daje się wplątać w historię z rabunkiem w tle? Ponieważ jego rodzinie grozi eksmisja, a matka jest ciężko chora. Fool potrzebuje pieniędzy, żeby wydostać bliskich z kłopotów. Jednak najpierw musi się wydostać z piekielnego domu.


Przekopałem internet w poszukiwaniu recenzji filmu. Wynik? Ludzie go uwielbiają albo jadą po nim po całości. Ja należę do tej pierwszej grupy, gdyż lubię baśnie. A W mroku pod schodami to nic innego jak, trochę bardziej brutalna, baśń naszych czasów.


Długo wahałem się, zanim uznałem, że Deadly Friend [Przyjaźń na śmierć i życie] (1986) może być filmem dla całej rodziny. Raczej nie puściłby go Polsat w niedzielnym paśmie przedpołudniowym, ale przypuszczam, że w zamierzchłych czasach kaset VHS ten film Wesa oglądało wiele rodzin. Przez większość mniej lub bardziej poważanych portali filmowych film klasyfikowany jest jako horror, film science-fiction lub połączenie jednego z drugim. Zapewne słusznie. Ale to nie jest pełnokrwisty horror. Ani pełnokrwisty film science-fiction. To twór Wesa Cravena, czyli, jak zwykle, coś pomiędzy, filmowy eksperyment, nieco krwawa rozrywka z ukrytym morałem. Teen horror? Teen drama? Unidentified Movie Object?


Owszem, momentami jest naprawdę dziwnie i niepokojąco (może to złudzenie, jakie towarzyszy widzom wpatrującym się w filmowy relikt?; horrory i filmy fantastyczne starzeją się albo szybko i brzydko, albo szybko i śmiesznie, zaledwie niewielki ich procent staje się obrazami kultowymi), parę scen zahacza o romantyczną frenezję, kilka ociera się wdzięcznie o gore, ale wszystko to jest odpowiednio wyważone, przyprawione młodzieńczą przygodą, nostalgią czasów dzieciństwa, przyjaźniami, miłostkami i miłościami, nieudolnie zawoalowanym moralizatorstwem (dziś może się to wydawać nieudolne; wszak to film z domieszkami science-fiction a technika poszła, czy może raczej – pobiegła do przodu; morał wciąż aktualny, forma podania – nie).  Jakby nie było – w moim odczuciu, na tle innych produkcji Cravena, Deadly Friend to film familijny. Film, na którym śmiałem się prawie tyle samo, co wycierałem szklące się oczy (przeziębienie czy pyłki jakieś). 


Oczywiście Craven musiał spartolić zakończenie. Prawdziwy maestro partolenia. I o ile zwykle owo spartolenie zauważam, ale mnie nie rusza, tak w przypadku Śmiertelnego błogosławieństwa i Przyjaźni na śmierć i życie mam do Wesa spore pretensje. Red Eye się nie liczy, bo jest spartolony od połowy. 


Kiedy tak podczas oglądania Przyjaźni na śmierć i życie dostawałem morałem w twarz, przypomniał mi się Chiller [Morderczy chłód] (1985). Bo i jeden, i drugi film poruszają bardzo ważną dla całej ludzkości kwestię. Tak ważną, że ludzie z powodu "kwestii" tej zupełnie zgłupieli. Chodzi o śmierć. A może raczej – strach przed śmiercią, chęć ucieczki przed nią, marzenia o nieśmiertelności swojej bądź czyjejś. I o ile pierwszy z filmów przyjąłem na klatę dość beznamiętnie, o tyle Chiller zmroził mnie. Jasne, że to film, z którym czas nie obszedł się łaskawie, w dodatku była to produkcja telewizyjna a nie wysokobudżetowy film kinowy, ale temat i nastrój zrobiły na mnie naprawdę ogromne wrażenie. Wraz z rozpoczęciem seansu przyjąłem pozę litościwego szydercy, skłonny nawet byłem nazwać Cravena "Władcą Pazłotka", ale im dłużej film trwał, tym bardziej poważniałem. Craven postawił bardzo ważne pytania: Czy jesteśmy w stanie zahibernować chorego człowieka i skutecznie go wybudzić, kiedy będziemy w stanie go wyleczyć? Jak wybudzony zareaguje na nową rzeczywistość, którą zastanie? I najważniejsze – czy jesteśmy w stanie zahibernować duszę? Dla tych, którzy nie wierzą w duszę, można to pytanie sformułować inaczej: Czy po kilkudziesięciu latach uśpienia obudzisz się taki sam? Kim będziesz? Czy będziesz w stanie to określić? 


Szczególnie ostatnie pytanie, kiedy się nad nim głębiej zastanowiłem, oraz kreacja "wybudzonego" sprawiały, że po plecach przebiegały mi ciarki. Tak oto film przez wielu uważany za jeden z najgorszych w dorobku Cravena, stał się tym, który zdołał mnie naprawdę poważnie zaniepokoić. 


Ale wróćmy do cravenowskiej "familiady". 


Nie ma sensu rozpisywać się o wszystkich tego typu produkcjach, w których uczestniczył Wes. A było tego sporo, choćby Here Come the Tigers (1978), komedia "sportowa" (Craven jako operator kamery), Casebusters (1986), seria ze stajni Walt Disney Studios, czy sitcom The People Next Door


Za bardziej ludzką, niemalże właśnie familijną, uznałbym produkcję zatytułowaną Paris, je t'aime/Paris, I Love You [Zakochany Paryż] z 2006 roku. Jest to projekt, w który zaangażowanych zostało dwudziestu uznanych reżyserów z całego świata. Tak oto, wśród osiemnastu epizodów o różnych odcieniach miłości, znalazł się również pomysł Cravena, oczywiście charakterystyczny dla całej jego twórczości, z Oscarem Wildem w tle. Nazwisko mistrza horroru pojawia się obok takich tuz kina jak bracia Coen, Guus Van Sant, Depardieu czy Chomet. A to o czymś świadczy. 


Mnie etiuda Cravena niezbyt przypadła do gustu, lecz film jako całość uważam za godny polecenia, jak najbardziej do oglądania nie tylko wpieprzając lody, pijąc wino i ocierając łzy chusteczkami z kartonowego pudełka, ale i całą rodziną. Naprawdę piękna filmowa inicjatywa. 


Z mniej krwawych projektów, w jakich brał udział Craven, można by jeszcze dodać serial Castle (w epizodzie Scared to Death Craven gra samego siebie) lub telewizyjny dramat Kent State (1981), o studentach protestujących przeciwko bombardowaniu Kambodży przez wojska amerykańskie (Craven jako producent). 


Ale film Cravena, który zrobił na mnie największe wrażenie, a który nie ma nic wspólnego z jakąkolwiek grozą, w którym nie pojawia się ani kropelka krwi i ani gram flaków, to Music of the Heart [Koncert na 50 serc] (1999). Chwyta za... no właśnie, za serce. To ten obraz skłonny byłem "wrzucić" do wątku o kobietach walczących, ale postanowiłem, ze względu na jego wyjątkowość, biorąc pod uwagę dorobek Cravena, nieco inaczej go wyróżnić. 


Jest to stuprocentowy film dla całej familii, opowiadający historię utalentowanej skrzypaczki, która poświęca karierę na rzecz rodziny. Z mężem, marynarzem, ma dwóch synów. Robertę (przecholerniecudowną w tej roli Maryl Streep) poznajemy już "po wszystkim", kiedy mąż odchodzi z inną i wnosi pozew rozwodowy. Roberta jest zatem kobietą na życiowym zakręcie. Co dalej? Zgadniecie, jeśli określę ten film mianem obrazu o cudzie spełniania marzeń? 


Film tak bardzo do mnie trafił zapewne dlatego, że w pewnych aspektach utożsamiałem się z główną bohaterką, pragnącą "mieć" kogoś na własność, poświęcić się w stu procentach miłości, oczekującej oddania, zdającej się cytować Bukowskiego: "if you're going to try, go all the/way./otherwise, don't even start.". Roberta, na szczęście, motto to stosuje nie tylko w miłości, ale we wszystkim co robi. A wszystkim dla niej staje się, ponownie, muzyka, tyle że w nieco innym charakterze. Bohaterce udaje się pozbierać po odejściu męża i wycofaniu się przyjaciela kandydującego na kogoś więcej i rozpoczyna szlachetną walkę o przyszłość dzieci z Harlemu. Pragnie nauczyć je nie tylko jak grać na skrzypcach, ale w ogóle jak żyć. Jak odnaleźć siebie w sobie. Chce pokazać im, jak ważna w życiu człowieka jest pasja, konsekwencja i ciężka praca. Oczywiście po drodze napotyka wiele przeszkód: oporność uczniów, niechęć rodziców i nieufność władz szkoły, bunt synów. Jak to wszystko się kończy? Jak się pewnie domyślacie, nie zdradzę. 


Cravenowi film się po prostu udał. Pod każdym względem. Pierwszoplanowa rola Maryl Streep to majstersztyk. Pod uwagę brane były między innymi Madonna, Sandra Bullock czy Meg Ryan, i choć poza Madonną resztę pań kocham nadal miłością szczeniacką i nawiną, to jednak przyznać muszę, iż żadna z nich nie zagrałaby roli Roberty lepiej od Maryl. 


Za stronę muzyczną odpowiadali Aaliyah, Mason Daring i Peter Deming. To nie miało prawa nie wypalić.


Etatowa aktorka Cravena, Angela Bassett (Wampir w Brooklynie), jako dyrektorka szkoły także spisała się znakomicie.


Filmowi sprzyja również otoczka autentyczności. Nie tylko autentyczności pojmowanej jako coś co MOGŁO się wydarzyć. Obraz oparty jest bowiem na faktach. 

Występ Isaaca Sterna, amerykańskiego wirtuoza skrzypiec, który gra po prostu Isaaca Sterna, też przyczynia się do tego, iż obraz rozrasta się do czegoś więcej niż film fabularny. Otwiera dyskusję o artyście, jego zmaganiach i poświęceniach, o sensie tego, co tworzy. I o tym, po co właściwie robi się filmy o artystach. 


Nagle orientujemy się, że film o Robercie jest w zasadzie filmem o Maryl Streep, o AKTORCE Maryl Streep, tak jak wszystkie filmy Cravena są nie tylko filmami Cravena, ale i O Cravenie. 


Okazuje się, a wcale nie jest to takie oczywiste, że nauczycielka gry na skrzypcach i taki Isaac Stern czy Piotr Czajkowski to równi sobie artyści i równi sobie ludzie. Oni wszyscy zasłużyli na występy w słynnej Carnegie Hall. Tak ja dzieci – uczniowie Roberty, dla których możliwość zaprezentowania się w najbardziej bodaj znanej na świecie sali koncertowej była nagrodą za walkę ze słabościami, upór i miłość do skrzypiec. Była nagrodą i zachętą. "Zrobiliście to. Jesteście tutaj. Każdy, jeśli tylko naprawdę mocno tego chce, może zmienić swoje życie. Może być szczęśliwy. Nie ważne, czy jesteście z bogatych domów, czy waszym domem jest Harlem. Macie siłę. Możecie zmieniać świat!".


Koncert na 50 serc, film, który nie ma nic wspólnego z horrorem, to największe dzieło Wesa Cravena. 



 I kto tu jest Fool?
 No co? Normalna rodzinka, nie? Wendy Robie – Mamuśka i Everett McGill – Tatuśko
 Jedziesz ze mną na Love Parade, Mamuśko!
 Jestem raczej ciężkostrawna, dzieciaczki...
 Mówię ci – kąpiel we wrzątku jest bardzo zdrowa
 To raczej nie jest Chappi...
No co? Ubój rytualny...

 Kristy Swanson, czyli filmowa Samantha w dyscyplinie sportowej – rzut facetem
 Trochę zdziwiona Samatha i jej robot dance
 Córuś, nie wydurniaj się, leciutko zrzuciłem cię z tych schodów!
 Wes z manekinem z jednej z najbardziej epickich scen filmu – tak wygląda człowiek, który dostał piłką w głowę od Samanthy
 Tato, nie wydurniaj się, leciutko cię duszę...
 Wes i Kristy na planie
 Samantha w nowej aranżacji tańca do Thrillera Jacksona
 Nie zadzieraj z BB, wypłoszu!
 Paul, jego przyjaciel BB i auto moich marzeń w tle
Samantha, Thriller, wersja dla zaawansowanych

 Śpiący królewicz bez duszy, czyli Michael Beck jako Miles Creighton
Nawet bezduszne dupki mają mamusie

 Etiuda Cravena Père Lachaise

 Grać na skrzypcach, czy zostać członkiem gangu? Oto jest pytanie...
 Ze skrzypcami jej do twarzy
Gramy, dzieciaczki!

Zwariowany jak Wes. Dziwny jak Wes. Oryginalny jak Wes

Craven nie kojarzy mi się z kinowymi arcydziełami. I nie ma się tak kojarzyć. Dla mnie Craven to synonim oryginalności i konsekwentnego szaleństwa. Zabawy w kino. Twórca czy opiekun filmów często dziwacznych.

Bo jak inaczej nazwać Feast [Krwawa uczta] (2005)? Mamy tu do czynienia z mieszanką gore, pulpy, science-fiction i komedii. Sam zarys fabuły mówi wiele o tym, z czym przyjdzie się zmierzyć widzowi. Jest bar na odludziu, na odludziu odludzia, ciemna, głucha noc. Nagle zaczyna się. Do budynku wbiega jegomość, który posturą i urodą przypomina amerykańskiego marines. Wygląda, jakby przed chwilą stoczył wojnę. Ostrzega gości baru. Od razu widzimy w nim bohatera, herosa, który będzie bronił, prowadził, motywował, rozwalał wszystko, co się rusza, a co może być zagrożeniem. Zatem wbiega do tego baru i po chwili zostaje zabity przez tajemniczego, krwiożerczego potwora z zewnątrz. Od tej pory inni bohaterowie-ćmy barowe, tacy jak Babcia, Bohater, Bohaterka, Trener, Piwosz, Twardzielka, czy Ptysia, próbują przetrwać na wszystkie możliwe sposoby, często niechcący krzywdząc siebie nawzajem. Idą w ruch pistolety, deski, pazury, języki, widzimy odrąbywane członki, zjadane członki, członki potworów, potwory kopulujące, by nadrobić straty w szeregach. Zupełny absurd, jazda bez trzymanki, chyba tylko dla wielbicieli horroru, i to nie tego klasycznego. Wes Craven tym razem nie wyreżyserował filmu, lecz był jego opiekunem jako producent. 


Craven zajął się również produkcją The Breed [Rasa] 2006, filmu o zmutowanych, inteligentnych psach zamieszkujących bezludną wyspę. 


Film jest dość oryginalny, fabuła trzyma się kupy, to kawałek solidnego kina akcji, lekkiego horroru. Nic poza tym. Rasa nie zrobiła na mnie większego wrażenia. Gdyby nie występ Michelle Rodriguez, w której zakochałem się od pierwszego Resident Evil, pewnie dałbym sobie spokój i wyłączył w połowie.


Za niezwykle oryginalny, ale też niezwykle niedoceniony, uważam serial The Nightmare Cafe [Bar Widmo] (1992). Craven był pomysłodawcą, twórcą scenariusza i jednym z reżyserów. 


Krótko: dwoje bohaterów, Frank i Faye spotyka się na nabrzeżu. Oboje przed chwilą wyszli z wody, co jest niecodziennym widokiem, zwłaszcza gdy idzie się popływać nocą w ubraniu. Udają się oni do małej, pustej kawiarenki na nabrzeżu. Tam, od gościa, który zowie się Blackie, dowiadują się, że właściwie nie żyją, ale dostają drugą szansę, by odmienić swój los. Żeby nie było tak łatwo, Blackie nie zamierza im niczego ułatwiać, wręcz przeciwnie. Sami bohaterowie mogą natomiast sobie pomagać. Tak oto serwują kawę i ciastka i skaczą w czasie, żeby naprowadzić swoje żywoty na tory inne niż te, które zawiodły ich ku śmierci. 


W serialu zadbano o oryginalność i niezwykłą atmosferę, która naprawdę mnie urzekła. To nie horror czy dramat a raczej czarna bajka z domieszką kiepskiego humoru. Niestety bardzo kiepskiego. Robert Englund grający Blackiego był o wiele zabawniejszy nawet w epizodzie Świata według Bundych, gdzie wcielił się w rolę diabła. 


Z każdym kolejnym odcinkiem humor staje się coraz gorszy, a atmosfera serialu nie jest w stanie przyciągnąć widza zmęczonego nieporadnym poplątaniem wątków. Bardzo dobry pomysł został imponująco schrzaniony. Mam wrażenie, że twórcom starczyło zapału jedynie na pilot serialu i może jeszcze na kolejne dwa epizody. Nic dziwnego, że zaprzestano jego emisji po sześciu odcinkach. 


Mimo to mam do tej produkcji, swojego czasu emitowanej również  w Polsce na antenie TVNu, niezrozumiały sentyment. 


 Wiecie, ile trzeba szczotkować takie zęby?
 Kiedy masz długi weekend i za bardzo popłynąłeś
 Kiedy masz długi weekend i za bardzo popłynąłeś 2

 Następnym razem pamiętaj, że nie lubię suchej karmy!
 Jak to "impreza zamknięta"?!
 Pies człowiekowi wilkiem
Arrow? Amator...
Taryn Manning – Sara i Michelle Rodriguez – Nicki, czyli dwa (a nawet cztery) największe atuty 
The Breed


 Frank, Faye i Blackie
 Ich Troje
Faye jak zawsze urocza, Blackie jak zwykle elegancki

Epizod Bundych z Robertem Englundem

Widzowie mają oczy

I dla wielu z nich oglądanie sequeli to straszny... horror. Na przykład dla mnie. O remake'ach nie wspominając.

Na pewno niektórzy z was zastanawiali się, dlaczego jeszcze do tej pory nie wspomniałem o tak znanej serii Cravena jak The Hills Have Eyes [Wzgórza mają oczy]. Otóż nie, nie zapomniałem. Gorycz tę zostawiłem sobie na koniec. 

To nie tak, że nie lubię tych filmów. Wręcz przeciwnie, uważam je za jedne z najciekawszych, które stworzył Wes. Postapokaliptyczna atmosfera, zupełne pustkowie, normalna amerykańska rodzinka udająca się we wspólną integracyjną podróż i banda zmutowanych zwyroli z drugiej strony. Palce lizać! 

Wzgórza mają oczy uchodzą za coś w rodzaju odpowiedzi na Teksańską masakrę piłą mechaniczną (1974) Hoopera. Nigdy jednak nie patrzyłem na produkcję Cravena przez ten pryzmat. Wzgórza obserwowałem bardziej pod kątem tego, jak Craven rozwijał brutalność i dziwaczność swoich filmów, jak bardzo starał się przełamać tematy tabu. W tym połączenie przemocy i seksu, czego na przykład tak wyraźnie w filmie Hoopera nie widać. 

Wzgórza mają oczy to film zupełnie ześwirowany, to horror, który może być ciężkostrawny nawet dla miłośników tego gatunku, a już napewno dla tych "niedzielnych" miłośników. Mamy do czynienia z obrazem nie tylko ukazującym obrażenia ciała w pełnej krasie. Oglądamy zniekształconych kanibali-psychopatów niemal zupełnie pozbawionych ludzkich odruchów, którym w głowie jedynie jedzenie, przedłużanie gatunku i zadawanie cierpienia. Craven nie pieści się z widzem. Daje mu do zrozumienia, że zjedzenie noworodka to pestka. Ciska mu w oczy scenami brutalnego seksu, tym bardziej odrażającego, że do aktu płciowego dochodzi między "normalną" kobietą a potworem. 

Jest strasznie i odrażająco, ale rozrywki przy tym co nie miara. Film, tak pierwszy z roku 1977 jak i część drugą (tę z 2007) po prostu ogląda się bez ziewania. To świetny wypełniacz czasu dla osobników odchylonych. 

A reszta? 

No właśnie. O reszcie lepiej byłoby nie wspominać. 

W 1985 Craven pokazał światu The Hills Have Eyes II, a mógł tego nie robić. Film nie wnosi już niczego nowego, to tylko babranie się w przemocy, odcinanie kuponów od kontrowersyjnej i przez to ciekawej pierwszej części. Żeby tego było mało, w 1995 roku wychodzi "trójka", której Wes jest producentem. 

I oto nadchodzi XXI wiek, wiek skrajnego przesytu w każdej dziedzinie życia. Przesyt ów nie ominął przemysłu filmowego. Filmowcy na potęgę tworzą remaki. Nakręcono nowego Omena (2006), nową Teksańską masakrę piłą mechaniczną (2003). Po co? Jak nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o forsę. "Starzy" widzowie, nawet ci nieprzychylnym okiem patrzący na odświeżanie dawnych tytułów, zawitają do kina choćby z ciekawości lub choćby dlatego, żeby móc zmieszać nową wersję filmu z błotem. Dla widzów, którzy nie pamiętają oldschoolowych horrorów, będzie to oczywiście atrakcyjna nowość. Wielu z nich od remake'u zacznie swoją przygodę z horrorem w ogóle, nie wiedząc nawet o istnieniu pierwowzoru. Jest publika, hajs się zgadza.

Moda na remaki nie ominęła oczywiście filmów Cravena. I o ile wspomniałem, że Wzgórza z 2007 roku nawet da się oglądać, o tyle  remake pierwszej części, który ukazał się rok wcześniej, można o kant tyłka rozbić. Po co? Na co? Dlaczego? Tak, tak, wiadomo, pieniądze, ale chciałoby się, żeby niektóre gnioty choć zachowywały pozory kreatywności. 

I logiki. Tu wracam do sequeli. W drugich Wzgórzach (1984) Pluto cudownie zmartwychwstał, został bowiem zabity w pierwszej części. Akcja trzecich Wzgórz rozgrywa się głównie w laboratorium. Tak, właśnie tak. Wzgórza mają oczy w laboratorium. 

Sequele, remaki, "lifting" fabuły lub całkowita jej zmiana pod tym samym tytułem – można się w tym wszystkim pogubić. Jednak siła marki, tytułu, nazwiska tak czy siak przyciąga. 



 Po robocie
 Jestem wesoły Romek, mam na przedmieściu domek! Michael Berryman – Pluto
 Nie ważne, jak wyglądam. Liczy się wnętrze...

 Pocałunek z języczkiem, poziom hard
 Śmierć na 1000 sposobów
 Nigdzie się nie ruszam, nogi mi odjęło
 Nie, kochanie, nie ma mowy, żebym zgolił wąs
 Nie udawaj niedostępnej. Wiem, że ci się podobam
Atak wężem. Niewiasta zapewne imieniem Ewa

Nikt nie będzie się śmiał z moich wąsów!

Honey, I'm home!

Niekończąca się opowieść 

Starałem się w tekście zawrzeć jak najwięcej tytułów, które tworzył lub współtworzył Wes. Jak widać, jest tego mnóstwo. Mnóstwo jednak zmuszony byłem pominąć. Craven był artystą zbyt płodnym, zbyt różnorodnym, aby w wyczerpujący sposób opisać jego i jego twórczość w notce na blogu. 

Craven zrobił wiele filmów, które zupełnie mu nie wyszły. Nie myli się jednak tylko ten, co nie robi nic. Pomimo wpadek, zdołał on na stałe zapisać się w historii kina, w historii horroru czy w ogóle w historii kultury masowej. Ze swojego zawodu uczynił przednią zabawę, świetną przygodę, którą zapewne kontynuowałby, gdyby nie nowotwór ośrodkowego układu nerwowego, na który zmarł 30 sierpnia 2015 roku. 

Craven nie jest dla mnie "mistrzem grozy", jak utarło się go powszechnie nazywać. To raczej twórca snów, wiecznie młody pasjonat tajemnic, kreator przedziwnych światów, złych baśni, zawsze z odrobiną dystansu, niemal komedii, ale i zadumy. Lecz to chyba już najmniej ważne, kim dla kogo jest Wes. Jako twórca horrorów, filmów obyczajowych, familijnych, jako synonim kiczu czy autoreklamy, będzie żył wiecznie w umysłach kolejnych pokoleń, w umysłach ludzi, którzy doceniają etos pracy, nieustępliwość w pogoni za marzeniami i kreatywność artysty, który nigdy za artystę się nie uważał. 

One, two – Freddy’s coming for you

Three, four – better lock your door
Five, six – grab your crucifix
Seven, eight – gonna stay up late
Nine, ten – Never sleep again




















           

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz