niedziela, 2 lipca 2017

Być, czy nie być? "W skorupce orzecha" Iana McEwana


Jakiś czas po przeczytaniu zbioru opowiadań Iana McEwana postanowiłem sięgnąć po którąś z jego powieści. Wybór padł na W skorupce orzecha.


Powieść rozpoczyna się cytatem z Szekspira, dokładnie z Hamleta. Motto ze wszech miar trafione, nie tylko ze względu na tytuł będący przenośnią znaczącego elementu fabularnego książki. Akcja powieści utkana została z dramaturgiczną precyzją, co skutkuje wywoływaniem u czytelnika emocji i przykuwa go do lektury nawet wtedy, kiedy (często pozornie) wiadomo, kto jest kim i co się zdarzy. To wielka siła pisarstwa McEwana. 

Innym atutem pisarza jest pomysłowość połączona z umiejętnością posługiwania się językiem często zawiłym, może nazbyt filozoficznym, ale tak barwnym i trafnym, że niemal pozwalającym widzieć opisywane przedmioty, czuć zapachy, wyczuwać strukturę rzeczy. 

Tymi atutami wypełnił McEwan swojego głównego bohatera – nienarodzone dziecko. 
Właśnie tak. Płód jest uosobieniem cech pisarstwa autora oraz narratorem powieści. Pomysł nietypowy, z perspektywą trzeba się oswoić, z czasem przestaje razić i irytuje jedynie z rzadka, kiedy bezimienny bohater będący jeszcze bardziej istotą morską niż ssakiem zaczyna za bardzo się wymądrzać. 

McEwan kreuje postaci nad wyraz prawdziwe i, co ważne, nie chce za wszelką cenę poddawać ich ocenie. Kiedy w upalny dzień wchodzimy do zagraconej i zaniedbanej londyńskiej kamienicy i czujemy zapach śmieci, rozkładających się resztek, alkoholu i kurzu, dziwimy się, co robi tam piękna i delikatna Trudy, matka nienarodzonego narratora. Dziwimy się jeszcze bardziej właśnie dlatego, że jest w ciąży. A potem opada nam kopara, kiedy poznajemy Claude'a oraz jego brata, Johna. Z czasem odsłaniają się przed nami dzielące ich cechy i poglądy a także niewygodnie łączące ich więzy. 

McEwan Ameryki nie odkrył, ale ze zręcznością oprowadza nas po durniejącym do reszty świecie, gdzie rozsądek przegrywa ze ślepą żądzą, gdzie dobrymi i wartościowymi ludźmi pogardza się, gdzie morze miłości wysycha, tworząc pustynię nienawiści. Wybaczcie metaforyczny język. Jeżeli wam on przeszkadza, nie czytajcie powieści McEwana. Ja to pikuś przy tym, co z ubieraniem myśli w słowa wyprawia lokator łona Trudy. 

Lokator, który pomimo zamknięcia, jest nader bystrym obserwatorem świata. Chciałoby się, żeby facebookowi krzykacze-politykierzy byli tak otwarci, wrażliwi, spostrzegawczy i trzeźwo myślący. Choć z tą trzeźwością bywa różnie, Trudy bowiem lubi dobre wino, dzięki czemu nosi pod sercem nie tylko filozofa, ale i smakosza win, który, jak sam stwierdza, dzielnie będzie walczył ze swoim alkoholizmem. Karypel wysłuchuje podcastów razem z Trudy, po czym biegle analizuje to, czego się dowiedział. Dla wielu z nas sukces to zapamiętanie chociaż części zasłyszanych informacji. 

Przez księgarnie książka sygnowana jest mianem "powieści obyczajowej" albo wrzucana do kategorii "literatura piękna obca". 
Dla mnie to traktat filozoficzny dla niepoznaki zamknięty w formie powieści obyczajowej z elementami kryminału i dramatu. Niekiedy odnosiłem wrażenie, że McEwan jedynie prześlizguje się po akcji, że jest mu ona potrzebna tylko po to, żeby rozwijać i tłumaczyć szekspirowskie motto: "Mój Boże! Zamknięty w skorupce orzecha, jeszcze czułbym się władcą nieskończonych przestrzeni – gdyby mnie tylko nie dręczyły złe sny". A może w zalatującej kosmogonią filozofii jest też coś z dzieła Hawkinga – "Wszechświat w skorupce orzecha"?

Książka McEwana to pozornie nieskażone doświadczeniem spojrzenie na śmietnik świata. Od Barthes'a do problemu imigrantów, od poezji po szybkie miłosne skurcze. 

Narracja byłaby naprawdę nieznośna, zbyt przemądrzała, gdyby nie ratujące ją poczucie humoru.

Wymieniając uścisk dłoni z nieznajomym, mówi – słyszałem to dwa razy – "Jestem Claude, jak Claude Debussy". Jakże głęboko się myli. Jest Claude'em jak Claude deweloper nieruchomości, który nic nie komponuje i nigdy niczego nie wymyślił.

(Punkt dla McEwana, który kupił mnie Debussym, jak kupuje się każdego, niby przypadkiem napomykając o rzeczach, które lubi rozmówca.)

– Chciałbym być tą przysłowiową muchą na ścianie – rzuca.
Jaką przysłowiową muchą, na jakiej ścianie? Kiedy nauczy się mówić tak, by mnie nie torturować? Mówienie to po prostu forma myślenia i musi być dokładnie tak głupi, jak się wydaje. 

Ale to wielka ulga, że Claude'a udaje się zaspokoić w tak bezpiecznie dużej odległości. Niepokoi mnie tylko, że to, co ona łyka, dotrze do mnie jako składnik odżywczy i trochę mnie do niego upodobni. Z jakiego innego powodu kanibale unikaliby zjadania idiotów?

W skorupce orzecha nie jest powieścią wyróżniającą się wartką akcją, ale czyta się ją dobrze. Mimo tego, iż odsłania ona brud istnienia, ma w sobie dużo zwyczajnego ludzkiego ciepła, emanującego z pięknej i rozerwanej emocjonalnie Trudy, której wybacza się nazbyt wiele, z Johna Caincrossa, który "ma mniej pieniędzy od Trudy i o wiele mniej od Claude'a. Zna na pamięć tysiąc wierszy". Wreszcie z nienarodzonego dziecka, przypominającego nam, że życie to naprawdę piękny dar, którym, o ile mamy trochę szczęścia i uporu, możemy kierować wedle własnych upodobań i zostać kim chcemy. Nawet jeśli zapominają o nas jeszcze przed narodzinami. Nawet jeśli z korzystania z tego daru będziemy musieli – przez ignorancję czy głupotę ludzi "na papierze dojrzałych" – czekać do uzyskania pełnoletniości. Oczywiście autor trochę nas mami i czaruje, sugerując, że wpływ na sprawy doczesne mamy jeszcze przed narodzinami. A może to nie pusta kokieteria, filozoficzny populizm? Może to nieśmiałe spojrzenie posłane wędrującym po wcieleniach, świadomym duszom? 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz